Forum Saphira.fora.pl Strona Główna  
 FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 "Starcie smoków" by AoM Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiekTen temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Poll :: Oceń:

:)
100%
 100%  [ 2 ]
:|
0%
 0%  [ 0 ]
:(
0%
 0%  [ 0 ]
Wszystkich Głosów : 2


Autor Wiadomość
AoM
..::Kyrielejson::.. (ExtraMod)
..::Kyrielejson::.. (ExtraMod)



Dołączył: 19 Cze 2006
Posty: 5461 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: tam gdzie diabeł mówi dobranoc...

PostWysłany: Sob 19:14, 30 Wrz 2006 Powrót do góry

Daję dalej. Będę wam to wydzielać teraz porcjami, bo powoli zbliżamy się do końca... tego co napisałm oczywiście :ym:

Gospoda, w której się znajdowali nie wyróżniała się niczym szczególnym. Była czysta, przytulna, a w kominku paliły się drwa. Jednakże, nie posiadała ani jednej rzeczy charakterystycznej, dzieki której można by było ja zapamiętać. Po spotkaniu z czarodziejem, Gelarowi praktycznie wywietrzała z głowy. Liczyło się tylko to, że rozmawiał z kimś, który jak się potem okaże, będzie niezastapiony.
- Tak, to ja. A któżby inny?
Casim siedział obok niego i sączył piwo, które niedawno podała jedna z dziewek. Zaraz po tym przyniesiono im w misie wędzone ryby, małże i kalmary. Specjalności portowego miasta. Postawiono ja pomiędzy magiem, a wojownikami. Na szczęście ryby miały cienkie ości, więc nie musieli sobie głowy zawracać takim problemem jak dłubanie między zębami w celu usunięcia rzeczonej, ostrej niedogodności. Jedli z jednej miski, co jakiś czas popijając piwem, które delikatnie mówiąc nie było najlepsze. Aczkolwiek nie było też najgorsze.
Cała gospoda tak emanowała przeciętnością, że nikomu postronnemu nie przyszłaby za skarby do głowy. Pewnie dlatego wybrano właśnie to miejsce na spotkanie. Co prawda nie było tu głuchej ciszy, dzięki, której można było ich podsłuchać, ale nie było też tłumu, który zapewniłby szpiegowi dość łatwe ukrycie.
- Masz rację – powiedział mag, przełykając kawałek ryby. – To było głupie pytanie, ale musiałem się upewnić. Jeżeli ci ktoś wcześniej nie powiedział to jestem Dragomir – tu skinął lekko głową. – Do usług. A twój przyjaciel to...
- Casim Horn – odpowiedział były złodziejaszek odejmując kufel od ust. – Miło znowu zobaczyć stare strony.
- A, więc pochodzisz z Perle? – Zapytał Dragomir unosząc brwi. – No proszę, jaki ten świat mały.
- Może jednak powinniśmy przejść do rzeczy? – Powiedział Gelar wyławiając w tym czasie z miski kalmara.
- Faktycznie – zgodził się Dragomir. – Jednakże nie ma zbyt wielu rzeczy do ustalania.
- Jak nie? A nie opowiesz nam dokładniej o losie tych żeglarzy?
- Ano mogę. Jeśli to was ciekawi... Jednak nie mam zbyt dużo do dodania – pogrzebał chwilę w misce. – Ci ludzie jak do nas przybyli ledwo byli w jednym kawałku. I nie tylko chodzi o zęby, które mieli już i tak w fatalnym stanie, ale o resztę ciała, jak się potem okazało, jeszcze gorzej przetrzebioną. Oni sami, gdy dopłynęli do Perle z pewnością ledwo zdołali zejść na dół po rampie. Nie mieli pieniędzy, nawet miedziaka. Jednakże, jakimś cudem dotarli do Magoren. Sami zastanawialismy się jak, ale nie chcieli o tym mówić. Nie zdziwiłbym się, gdyby po prostu kogoś okradli z wozu i koni. Tutejsi ludzie są bardzo przesądni. Wierzą, że jak coś zrobią komuś złego, to prędzej czy później los odpłaci im się czymś gorszym. W tym przypadku mieli rację – wypił łyk piwa, na przepłukanie gardła. – W każdym razie, gdy pokazali nam tą... mapkę pomyśleliśmy, że oto Czterej Panowie nam ich zesłali. Oto dowód na istnienie jeszcze jakiegoś lądu niż tylko Menking czy Kobra. Starannie przestudiowaliśmy materiał. Nie było mowy o fałszerstwie. Daliśmy też schronienie tym tułaczom. W końcu po paru tygodniach, gdy nabrali sił, wysunęli nam propozycję, że popłyną zbadać te ziemie. Początkowo przyjęliśmy to z rozbawieniem, ale po dłuższym zastanowieniu się, doszliśmy do wniosku, że: – przełknął kawałek małży. – Po pierwsze, ci niedobitkowie nie mają wiele do stracenia, po drugie, nie musimy już szukać kolejnej załogi popaprańców, któży jeszcze zażądają zapłaty i po trzecie, nie grozi nam, że nas wyrolują. Sądziliśmy tak, bo... – mag zamyślił się na chwilę – mieli taki dziwny błyk w oczach. Żekłbyś, że przesadzam, ale ty ich nie widziałeś. Tego maleńkiego światełka, które sprawiało, że ich źrenice zwężały się niebezpiecznie, jakby... opętane.
- Masz tedy rację – powiedział Gelar, przełykając małże, którą wcześniej popił piwem – uważam, że zdrowo przesadzasz.
- Jak można „zdrowo” przesadzać? – Zapytał Dragomir z sarkazmem.
- Nijak – odpowiedział za niego Casim. – Jak wiesz to tylko takie powiedzenie.
- Oczywiście, że wiem – prychnął. – Dość błędne stylistycznie, ale to nie temat o lingwistyce.
- Wiem. Azali zdania nie zmienię – mruknął sarkastycznie. Nie mieściło mu sie w głowie jak tacy potężni magowie mogli zaufac takim... ludziom. Przypomniał sobie jednak, że słowo potężny nie równa się ze słowem mądry.
Dragomir wypił do końca swoje piwo i odstawił z hukiem kufel na stół. Zerknął na miskę z nadzieją, że ta się napełni, na powrót kalmarami i rybami. Niestety rzeczony przedmiot nie miał właściwości samouzupełniających, toteż wezwał dziewkę służebną, aby zabrła naczynia. Nie miał aż tyle pieniędzy, aby zapłacić za drugą porcję. Jednakże opłacił nastepne piwo.
- I wy takim zaufaliście? – Zapytał Gelar wymawiając na głos swoje wątpliwości jednocześnie unosząc brew.
- A mieliśmy wybór? Poza tym rzuciliśmy na nich urok poznania. Nie było mowy o krętactwie. Zresztą mówiłem o tym wcześniej...
- W każdym razie – zaczął ponownie, gdy tylko dziewka oddaliła się szeleszcząc spódnicą – Zafundowaliśmy im statek i wyżywienie. Gdy wypłynęli mieliśmy nadzieję na ich rychły powrót. Jednakże... – po chwili milczenia, podjął przerwany wątek. – Na statek rzuciliśmy zaklęcia, dzięki którym mogliśmy obserwować w Widzącym Zwierciadle ich poczynania. To właśnie tak udało nam się dowiedzieć o ich, jakże niefortunnym losie. – Dziewka postawiła przed nimi kufle, po czym oddaliła się kręcąc wyzywająco biodrami. – Jak się później okazało, posłaliśmy ich na pewną śmierć... – wypił łyk nowoprzyniesionego piwa, wlepiając wzrok w swoje odbicie w bursztynowym płynie. – Nie przypuszczaliśmy, że ten ląd jest na tyle daleko, by żeglarze mieli to niebezpieczeństwo, by wpłynąć wprost na żerowiska Węży Morskich i Wodnych Sów. Musisz wiedzieć, że te zwierzęta są swoimi naturalnymi wrogami i oba gatunki lubują się w krwi przeciwnika. Jednakże, to nie powstrzymuje ich od polowania na samotne statki. Uwielbiają wręcz o nie rywalizować. Miejsce ich utarczki jest spewnością bardzo widowiskowe, ale... którekolwiek z nich wygra to i tak nie ma znaczenia. Jeżeli tylko usłyszysz trzepotanie skrzydeł, a woda będzie złudnie spokojna, to znak, że już nigdy nie postawisz stopy na lądzie żywy. – Wypił kolejny łyk piwa. – Sam na to patrzyłem... – dodał jakby do siebie. Podniósł na nich z powrotem wzrok. – Chyba nie muszę opisywać jak to się skończyło?
- Na szczęście nie jestem aż tak wymagający – powiedział Gelar spokojnie. – Ale z checią usłyszę odpowiedź na moje kolejne pytanie.
- Chyba domyślam się treści... – mruknął.
- Jaką my mamy gwarancję? Wiem, że na pewno jesteś magiem nie w ciemię bitym, skoro polecił cię nam sam władca Menking, jednakże...
- Jednakże, uważasz, że moje siły mogą nie wystarczyć? – Przerwał mu mag, mrużąc oczy.
- Nie tyle mogą, co na pewno nie starczą – powiedział odstawiając kufel z hukiem na stół. – Z całym szacunkiem, ale nawet jeżeli zmierzysz się z pieciometrowym potworem i ocalisz nam skórę, to statek będzie w zbyt opłakanym stanie, by gdziekolwiek popłynąć.
- Masz rację – powiedział potakująco Dragomir. – Na szczęście my mamy ten feler, że nałożą na nas Szatę Maskującą.
- Co proszę? – Zapytał umosząc brwi.
- Jest to takie skomplikowane zaklęcie iluzji, które nałożą na nas najwyżsi arcykapłani Czterech Panów. Nie ma lepszego i bardziej skutecznego sposobu na ukrycie. W tej chwili nie mam ochoty wyjaśniać wam jak działa – powiedział to z nutą arogancji w głosie typową dla uczonego. – Niech wam wystarczy, że można z powodzeniem ukryć pod nią całą Kobrę razem z okalającymi ją wodami.
- Mamy w sumie jeszcze tydzień – powiedział po chwili milczenia. – Dopóki „Srebrna Mewa” nie będzie ponownie gotowa do wypłynięcia na morze. Może zwiedzimy miasto?
- Nasze pierwsze zetknięcie z nim nie było zbyt szczęśliwe – zauważył Gelar, nie bez sarkazmu.
- A więc, umilę wam drugie.
CDN
Wszystkie prawa autorskie zastrzeżone.
Zobacz profil autora
AoM
..::Kyrielejson::.. (ExtraMod)
..::Kyrielejson::.. (ExtraMod)



Dołączył: 19 Cze 2006
Posty: 5461 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: tam gdzie diabeł mówi dobranoc...

PostWysłany: Pią 19:58, 06 Paź 2006 Powrót do góry

Nie, nie wspominałaś :] A ja zaraz daję wam dalszą część :ym:

Po tych słowach położył na stole pare srebrników, po czym razem z nimi wyszedł na zewnątrz. Poprowadzil ich krętymi uliczkami co jakiś czas opowiadając o znajdujących się tam sklepach, kramikach i najprzeróżniejszych rzeczach. Wyjaśniał także pochodzenie nazw. Jak się okazało ulica „Kwiatowa” wzięła się od tego, że raz na rok przechodzi tędy procesja rozsypując płatki najprzeróżniejszego kwiecia, ku czci ofiar Wojny o Ląd. Oczywiście samymi pomysłodawcami były elfy. Nikt tak jak oni nie lubował się w rozpamiętywaniu tego co było, zamiast zajęcie się tym co dopiero nastąpi.
Przemierzali tak wiele uliczek racząc go przy okazji plotkami, aż w koncu białowłosy mężczyzna poznał na temat miasta właściwie wszystko. Wiedział takie rzeczy o mieszkańcach i ich interesach poczynając, od tego gdzie mozna kupić najlepszy a zarazem tani materiał, którzy posłowie i senatorzy przesiadują w oberżach, bynajmniej nie zajmując się sprawami portu a kończąc na tym, która żona, z kim i jak przyprawia swojemu mężowi rogi. Niewiele go to jednak interesowało. Tylko udawał, że słucha co jakiś czas tylko potakując, czy mówiąc parę słów. Dragomir i Casim zdawali się świetnie rozumieć i dogadywać. Co chwila zaśmiewali się z jakiejś historii czy zdarzenia. Jednak to głównie czarodziej opowiadał. Nic dziwnego, w końcu były złodziejaszek nie widział swojego ojczystego miasta od ładnych dziesięciu lat. Teraz jednak pewnie cieszył się, że może ponownie obejrzeć swoje rodzinne strony.
Aktualnie szli ulicą „Stalową”, na której znajdowały się warsztaty rzemieślnicze. Białowłosy mężczyzna powiedział im wcześniej, że chce sobie kupić nowy miecz, więc wieszli do obszernej kuźni. Rozejrzeli się po izbie. W lekkim półmroku mogli dostrzec wiszące na ścianie miecze, topory, maczugi, noże do rzucania i wiele innych broni. Chwilę potem pojawił się kowal. Gelar, który miał wcześniej nie najlepsze wspomnienia z ludźmi parającymi się tą pracą, w roli głównej. Tak, więc miał o nich nieco odmienne wyobrażenie. Zdziwił się mocno na widok dziarskiego młodzika, niewiele starszego od niego. Miał brązowe oczy, w których skakały wesoło iskierki a szczeciniaste włosy opadały mu rzadką grzywką na czoło.
- W czym mogę pomóc?
- Szukam możliwie najlepszej roboty miecza – powiedział Gelar, nadal rozglądając się wokoło. – Półtoraręcznego, jeśli się taki ostanie.
- Służę – powiedział wesoło właściciel.
Wziął z lady miarkę i dokonał odpowiednich czynności, niezbędnych do ustalenia jakiej długości miecz będzie dla niego odpowiedni. Widać było, że młodzieniec znał się świetnie na swoim fachu. Przy okazji nie ślimaczył się z robotą. Po około pół godzinie, Gelar wychodził z towarzyszami z warsztatu a u pasa miał przymocowany mocny, z subtelnymi zdobieniami, półtoraręczny miecz. Kupił też sobie komplet małych noży do rzucania, które ukrył pod płaszczem. Specjalnie przy spodniach miał zamocowany skórzany pas przeznaczony właśnie do takich rzeczy. Jednakże, nawet powiew wiatru nie był w stanie do końca odsłonić miejsca ukrycia. Wiedział, że w sytuacji kryzysowej takie sztuczki mogą okazać się niezbędne.
Weszli na jakąś uliczkę przy, której stał wielki gmach cały z białego marmuru. Wspaniałe płaskorzeźby wskazywały, że nie jest to dom byle jakiego szlachcica. Zresztą i tak był za duży nawet dla dosyć licznej rodziny.
- Co to za budynek?
- Gmach Rady – odpowiedział natychmiast Dragomir.
Zabawne. Miejsce, gdzie spotykają się władze miasta, w celu przedyskutowania najważniejszych spraw. Ten dom jest wspanialszy niż wszystkie inne. Czy nie powinien właśnie nie wyróżniać się z tłumu w celu niewykrycia? Dzieki temu łatwiej byłoby uniknąć różnych przykrych niespodzianek. Politycy budują sobie olbrzymie gmachy przeznaczone do ich i tak niwiele dajacych spotkań, a nawet nie pomyślą, że za te pieniądze można by było ustabilizować sytuację miasta. Mimo, że jest lepiej niż wcześniej to jeszcze wiele lat upłynie nim miasto w pełni stanie na nogi. Czy ludzie nigdy się nie nauczą? Czy zawsze nadmierny dobrobyt musi rodzić głupotę?
Nawet nie wiedział w swoich rozmyślaniach jak bliski jest prawdy. W najbliższych latach miało się bowiem okazać, że załamie się cała gospodarka Perle. Oszukiwany i wyzyskiwany lud zbuntuje się i z łatwością wymorduje Radę. Zabawne, że w miejscu ich codziennych spotkań. Biedacy staną się w tamtej chwili takimi samymi panami, jak niedawni bogacze. Wyrzutki przejmą aparat władzy, rozpocznie się terror, a w powietrzu będą sie rozchodzić socjalistycznie utopijne hasła. Na Kobre najadą potężne, ale wcześniej całkowicie neutralne siły, wykorzystując zamęt na wyspie. Krew popłynie uliczkami tego niegdyś pięknego miasta, a jedyne co będzie słychać to rubaszny śmiech stacjonujących tam żołnierzy, gwałcących kobiety i mordujących mężczyzn i dzieci.
Zostawmy jednakże, przyszłość w tamtej chwili tak odległą jak miliardy gwiazd na niebie są daleko od naszej ziemi i wróćmy do momentu, gdy nasi bohaterowie przemierzali uliczki, jeszcze trwającego w swojej rozpoczynającej się krótkiej świetności Perle.
- A tutaj jest „Pieprzona” – powiedział rozbawiony Dragomir, wyrywając Gelara z rozmyślań, które bynajmniej nie krążyły wokół miasta.
- Słucham?! – Zawołał nie będąc pewnym czy dobrze usłyszał.
- „Pieprzona” – zaśmiał się Casim. – Podobno pierwszy Prezydent miasta, gdy był pijany w sztok napisał w dokumentach, by tak nazwano ulicę, przy której mieści się siedziba Rady. Dodatkowo przybił to jedną z najważniejszych pieczęci. Od nich już nie ma, jak urzędnicy to ładnie określają – przybrał minę wysoko postawionego posła – apelacji. Nic nie może zmienić takiej decyzji, nawet odwołanie kogoś ze stanowiska – zaśmiał się złośliwie. – Dzięki temu ludzie mają trochę rozrywki. Krążyły plotki, że tak naprawdę napisano: „Pieprzona kurwa”, ale chyba nigdy się tego nie dowiemy... – ponownie zachichotał. – Niestety.
- Ciekawe – mruknął.
Poszli dalej, w górę ulicy.
Nagle zobaczyli, że jakiś brodaty mężczyzna napastuje kobietę. Casim niewiele myśląc odepchnął delikwenta. Uderzył go parę razy w szczękę i brzuch, a kiedy ten próbował wstać i uciec, złodziejaszek, jak to później określił „dla rozpędu”, kopnął go z całej siły w tyłek. Mężczyzna poleciał parę kroków do przodu, po czym wstał chwiejnie i pobiegł w swoją stronę.
To wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy i tak Gelar jak i Dragomir nie zdążył nawet mrugnąć okiem jak kobieta rzuciła się z wdzięczności Casimowi na szyję. Potem zaczęła posyłać w jego stronę nieśmiałe spojrzenia udając płochliwą, ale obszerny dekolt przeczył temu faktowi. Były złodziejaszek zaczął stroić wielkiego bohatera, który tylko szuka okazji by uratować płeć piękną i nie oczekuje niczego w zamian. Pranoja pomyślał Gelar, kręcac głową.
Nagle poczuł jak coś upija go w krocze. Zaskoczony przestąpił z nogi na nogę. Poprawił niezauważalnie spodnie. Pijanie nie ustawało. Starając się tym nie przejmować, dalej przyglądał się scenie „dziękczynnej”. Ku jego zmieszaniu i niewygodzie ucisk nasilał się coraz bardziej. W końcu postanowił położyć kres tej paplaninie. Pijanie w kroczu połączone z banalnością rozmowy wprawiało go w szał. Chwycił Casima za ramię.
- Tak, tak – powiedział drwiąco – mój przyjaciel jest naprawdę szlachetny i bohaterski, ale teraz musimy już iść.
Kobieta rzuciła mu tak wymowne spojrzenie, że tego przez chwilę zatkało. Poczuł się jak mysz w pułapce, która widzi jak zbliża się do niej wygłodniały kot. Jego wzrok machinalnie powędrował w dół. Jednak opamiętał się, zanim jego czy spoczęły na obszernym dekolcie. Zdecydowanym ruchem pociągnął byłego złodziejaszka za sobą. Tamten rzucił mu mordercze spojrzenie. Gdy mieli się już oddalić rozległ się głos Dragomira.
- Chyba ma pani coś co do niej nie należy...
Ta zaczeła tylko kręcić gwałtownie głową. Burza brążowych loków okalała jej zdziwioną, ładną twarz.
- Ależ nie, mój panie! Dlaczego mnie o to posądzacie?
- Czemu chowasz za plecami lewą rękę?
Ta tylko jeszcze bardziej wcisnęła się w ścianę. Dragomir nie zważając na to, szybkim krokiem podszedł do niej i odebrał jej sakiewkę z pieniędzmi. Spojrzał na nią znacząco. Ta nie czekając na dalszy rozwój wypadków, popchnęła go na Casima i Gelara i uciekła drogą, którą biegł wcześniejszy „napastnik”.
Rzucił byłemu złodziejaszkowi jego własność. Ten złapał ją w locie i schował z powrotem do kieszeni. Stłumił w ustach przekleństwo i splunął.
- Stara sztuczka – powiedział rozeźlony. – Sam ją kiedyś stosowałem. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek dam się na to nabrać.
- Nosił wilk razy kilka... – rzucił jakby od niechcenia Dragomir.
- Ponieśli i wilka – dokończył Gelar.
Ucisk w kroku zniknął w chwili gdy niedoszła złodziejka oddaliła się od nich na kilkadziesiąt metrów.

CDN
Wszystkie prawa autorskie zastrzeżone.
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiekTen temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001/3 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)