Forum Saphira.fora.pl Strona Główna  
 FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 [NZ] Twórczosć Kapitana Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiekTen temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Poll :: Oceń:

:)
0%
 0%  [ 0 ]
:|
0%
 0%  [ 0 ]
:(
0%
 0%  [ 0 ]
WTF?!
0%
 0%  [ 0 ]
Wszystkich Głosów : 0


Autor Wiadomość
Kapitan_Jack_Sparrow1
..::1st League Shur'tugal::..
..::1st League Shur'tugal::..



Dołączył: 29 Mar 2007
Posty: 176 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczerze? Wiesz, że sam nie wiem . . .

PostWysłany: Czw 6:57, 23 Sie 2007 Powrót do góry

No więcpo krótkim namyśle postanowiłem dać tutaj mojego ficka. Słyszałem, ze nie trzeba pozwolenia od moderatorów w tym dziale i jeżeli się pomyliłem to przepraszam całe szanowne moderatorstwo za temat bez pozwolenia.

Za siedmioma górami, za siedmioma morzami, za siedmioma ulicami, domami, drzewami, krzakami, miastami i w ogóle za tym czego może być siedem. E no dobra. Darujmy temu jakże intrygującemu opisowi miejsca zdarzenia.
Gdzieś tam na morzu Karaibskim na okręcie „Czarna Perła” znanym również jako „Black Pearl”, siedząc w swej kajucie, kapitan Jack Sparrow z zaciekłością dorównującą dziennikarzowi w poszukiwaniu nowych faktów do gazety, przegląda mapy, szukając... No właśnie. Szukając. W zasadzie kapitan nie miał pojęcia czego szuka, ale grunt, że sprawiał chociaż pozory, że coś robi. Jack przejechał dłonią po mapie.
- No ciekawe. – mruknął do siebie. – Szukasz czegoś, czego nawet na mapie nie ma. O cholerstwo. No pomyłka. Na mapie jest – kapitan prowadził dalej monolog. – Tylko wielka szkoda, że mapa jest gdzieś tam w Singapurze – westchnął. – No ja to sam tam na pewno nie popłynę. Jeszcze mnie ktoś rozpozna. A gdyby tak wysłać tam Williama? Hm... Warto to przemyśleć – Jack stuknął palcem w butelkę po rumie. – No ale najpierw trzeba się napić bo jak powszechnie wiadomo nic nie wspomaga tak myślenia jak butelka dobrego rumu.
Kapitan Sparrow podniósł do ust butelkę.
- Why this rum always gone? – warknął przekręcając butelkę do góry dnem. Wstał i sięgnął po kapelusz. Natychmiast się zachwiał.
- To dlatego. – uśmiechnął się pod nosem i wyszedł z kajuty. Jednakże wcale nie miał zamiaru schodzić pod pokład pod, którym mógł na niego czyhać wysłannik króla dżungli Tarzana... albo i może króla mórz Davyego Jonesa. Niejaki Bill Turner, który oznajmi mu, że „Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana...”. Nie, chyba jednak nie o to chodziło. Może chodziło tylko o niewinną maskotkę Jonesa, która nosiła imię równie słodkie jak kobiety na Tortudze? Kraken... Na sam dźwięk tego imienia Jackowi uginały się nogi, oczy przybierały wyraz... Dobra pomińmy wyrazy oczu, twarzy i tego wszystkiego co człowiek ma tam w sobie. No może prócz żołądka, w którym na widok Krakena latały motylki. Wróćmy do wyjścia z kajuty.
Kapitan „Perły” wyszedł na pokład statku i rozglądnął się uważnie wkoło. Na schodach ujrzał byłego komodora - Jamesa Norringtona. Niechętnie podszedł do niego z tylko jednego niezwykle prostego powodu. Norrington pił rum.
- Mogę się przysiąść? – zapytał niewinnie. James zmierzył go nieprzychylnym spojrzeniem.
- Podejrzewam, że mimo moich protestów i tak to uczynisz.
Jack uśmiechnął się rozbrajająco i usiadł na schodach. Wskazał ręką na rum.
- Mogę?
Norrington niechętnie podał mu butelkę. Kapitan Sparrow przyjął ją i wlał sobie połowę jej zawartości do gardła.
- A gdyby tak teraz przez przypadek, czysto teoretycznie, wpadłbyś do wody...
- Nie ma obawy. Świetnie pływam.
- ...z kulą armatnią przywiązaną do szyi – James dalej snuł swoje wizje.
- Na „Perle” nie ma kul. Są za drogie. – Jack uporczywie przerywał Norringtonowi.
- Z pociskiem w sercu... – rozmarzył się były komodor.
- Przypomnij mi jedną rzecz. Czy przy wejściu na pokład zabrałem ci pistolet?
- Tak – odpowiedział niechętnie.
- Więc jednak trudno będzie o wypadek. – uśmiechnął się Jack.
- Taa... – mruknął James odbierając od Jacka butelkę. Zmierzył wzrokiem jej zawartość i wypił resztę rumu. Jack spojrzał zawiedziony na butelkę. No nic. Jak mówi znane przysłowie „wszystko dobre co się dobrze kończy”. Albo jak to interpretowali piraci – „wszystko dobre póki jest rum”. Jack westchnął.
- Dobrej nocy – pozdrowił Norringtona i ukłonił się machając przy tym komicznie rękami by utrzymać chwiejną równowagę na niepewnym pokładzie „Perły”. Jack Sparrow skierował się do swojej kajuty.

Koniec?
Zobacz profil autora
Śnieżny Płomień
..::Senior Shur'tugal::..
..::Senior Shur'tugal::..



Dołączył: 25 Mar 2006
Posty: 255 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Irollan

PostWysłany: Czw 7:03, 23 Sie 2007 Powrót do góry

Łaaaa!Super fick!
Cytat:
Może chodziło tylko o niewinną maskotkę Jonesa, która nosiła imię równie słodkie jak kobiety na Tortudze? Kraken...

To jest świetne xP Mój ulubiony fragment :P
Zobacz profil autora
Kapitan_Jack_Sparrow1
..::1st League Shur'tugal::..
..::1st League Shur'tugal::..



Dołączył: 29 Mar 2007
Posty: 176 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczerze? Wiesz, że sam nie wiem . . .

PostWysłany: Czw 7:05, 23 Sie 2007 Powrót do góry

Hehe. Kraken był specjalnie dla ciebie. Takie Wiol Ono xP.
Zobacz profil autora
Sauron
..::Senior Shur'tugal::..
..::Senior Shur'tugal::..



Dołączył: 25 Mar 2006
Posty: 424 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 19:27, 23 Sie 2007 Powrót do góry

No, no panie Kapitanie, jestem pod wrażeniem ;) Mam nadzieję,że nie poprzestaniesz tylko na tej części i niebawem pojawią się kolejne :lol: .
Gdybyś tak jeszcze dał to opowiadanie, które widnieje na Twoim blogu...mmm?
Zobacz profil autora
Kapitan_Jack_Sparrow1
..::1st League Shur'tugal::..
..::1st League Shur'tugal::..



Dołączył: 29 Mar 2007
Posty: 176 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczerze? Wiesz, że sam nie wiem . . .

PostWysłany: Czw 20:09, 23 Sie 2007 Powrót do góry

Bojem się ojego opowiadania Sauron xP
Zobacz profil autora
Smoczy Jeździec
..::2nd League Shur'tugal::..
..::2nd League Shur'tugal::..



Dołączył: 10 Lut 2007
Posty: 73 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Daret (Sieradz)

PostWysłany: Nie 14:20, 16 Wrz 2007 Powrót do góry

Cóż... W skali na 1-6 dałbym... 3. I tak chyba naciągnę. Nie ma nic specjalnego, a sam się pogubiłem w fabule, która ma początek, a nie ma sensu. Gdzie pointa? Nie wiem. Co do żartów nic mnie nie rozbawiło. Nic specjalnego. Opisy mogą być.

Napisałeś:
kapitan Jack Sparrow z zaciekłością dorównującą dziennikarzowi w poszukiwaniu nowych faktów do gazety, przegląda mapy, szukając...

Na Karaibach byli dziennikarze?

O cholerstwo.

Mogłeś to zamienić na ciekawszy wyraz.

króla dżungli Tarzana.

Znali Tarzana?

pod pokład pod

Zrozum sam.

To, czego mogę się przyczepić. Ale najgorsza jest fabuła. Może nie wszyscy oglądali "Piraci...". Ja się pogubiłem w nazwach i treści. Popraw to. Wytłumacz. Opisz. Napisz.

Nie ma też zakończenia. To skrót pewnien:

1. Wstęp
2. Jack czegoś szuka
3. Rozważania
4. Rozmowa z gościem przy rumie.
5. Pożegnanie dwóch gości.

Tyle.

Podsumowując 3/6, ale tak naciągając. Sorki za ostrą krytykę.
Pozdrawiam
Zobacz profil autora
Kapitan_Jack_Sparrow1
..::1st League Shur'tugal::..
..::1st League Shur'tugal::..



Dołączył: 29 Mar 2007
Posty: 176 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczerze? Wiesz, że sam nie wiem . . .

PostWysłany: Pon 6:23, 17 Wrz 2007 Powrót do góry

Łihihi! Mam 3 :lol:! HA! To się cieszcie ludzie, ze jednak nie dałem tamtego drugiego ficka :lol:, zaszczulibyście mnie :raa: Ja wiem, ze nic specjalnego, zawsze jest to nic specjlnego (chociaż niektórzy twierdzą inaczej).

Sauron. Ja. Się. Tego. Opowiadania. Boję.
A jak ono ożyje i mnie zaatakuje, hę? Co wtedy będzie? Pozatym ono jest masakrycznie poważne. Nie. W/ Moim. Stylu.
Chociaż...
Nie, ja wolę poważnie pisać, wtedy jest fajniej :lol:.

Ale ty masz na mnie wpływ, Sauron. Kiedyś Ci za to krzywdę zrobię :lol:. Nie no zartuję. Macie tu tego ficka co go tak bardzo Sauron chciała :lol: . Uprzedzam, że jest M-A-S-A-K-R-Y-C-Z-N-Y !!!


Cholerni piraci.
Zawsze jak zaczyna się coś ciekawego wyrzucają cię na bezludnej wyspie z jedną kulą w pistolecie obdarłszy cię przedtem ze wszystkich cennych rzeczy.
Cholerni piraci.
Nie ma rumu. Nie ma żarcia. Nie ma Perły. Cholera. I tak to jest. Dajesz ludziom nadzieję, szansę na lepszą przyszłość, a oni porzucają cię na jakieś wyspie jakoby mianując cię jej Gubernatorem.
Jack Sparrow posępnym wzrokiem obserwował błękitne, rozczochrane fale, zderzające się pieniście z bielutką plażą. Czuł się samotny, porzucony, zdradzony, odarty ze wszystkiego, co cenne i kochane, a do tego spragniony.
Czuł się cholernie źle.
Oczywiście nie dawniej jak dzisiaj rano został porzucony, zdradzony i obdarty ze wszystkiego co było dlań kochane i cenne, a czego akurat nie ukrył w bieliźnie osobistej. Jack przetarł czule rękawem rondo kapelusza.
- A niech to szlag.
Przeszedł parę kroków dalej pod idealnie prostą palmę, chroniąc się przed słońcem. Drzewo rozmiarami dorównywało masztom Perły.
- I widzisz moja droga. Tak to już jest. – westchnął cicho i otarł się ramieniem o chropowatą korę drzewa. – Ty chcesz dla innych dobrze, a oni tego nie doceniają. – ponownie otarł się o pień. Palma przypominała maszt nie tylko rozmiarami i wyglądem. – Hmmm... głupi Barbossa z jego głupimi pytaniami. Powiedz mi, po jaką cholerę dałem mu mapę – zająknął się. – No dobrze. Będę szczery. Nie dałem mu mapy. No bo powiedz jak można dać coś co jest wytatuowane na... Eee... lewej łydce? – Jack ostrożnie brnął dalej. – Dałem mu tylko wskazówki jak dotrzeć do tej cholernej wyspy umarlaków.
Ze złością kopnął pień palmy. Drzewo nie rozumiejąc Jack’a zdecydowało się oddać zrzucając prosto na jego głowę dwa, sporej wielkości kokosy. Czarne oczy pirata jakby zmętniały. Postąpił parę chwiejnych kroków i spojrzał na drzewo.
- Będę walszyć! – krzyknął niezrozumiale.
Nagle pod jego stopami coś zgrzytnęło. Drewniana pokrywa pękła z trzaskiem pod stopami Jack’a zarzucając go deszczem drzazg.
Cholerna palma. Cholerni piraci. Cholerna pokrywa do piwniczki z rumem. Zaraz, zaraz... – Jack zaczął sobie wszystko układać w głowie podczas niezwykle krótkiego, choć mimo wszystko, gwałtownego lotu. - ... piwniczki z... rumem? – zabrzmiała w jego głowie ostatnia myśl i nasz sławny pirat wylądował na wznak w zimnym wnętrzu piwnicy.

***

Nos kapitana Jacka Sparrow’a zadrgał w ciemności, węsząc nieomylnie za doskonale znanym zapachem. Reszta imponującej postaci pirata pogrążona była jeszcze w bezprzytomności. Długie ciało, na moment – czy aby nie na zawsze? – wyzwolone od nerwowych poruszeń czy bezustannych przechyłów – i odchyłów – spoczywało leniwie na wznak, z rozrzuconymi w geście hojnej czułości rękoma, ze podkulonymi zgrabnie pęcinami wyćwiczonych na masztach, marynarskich nóg, z wyzłoconą niezwykłym spokojem – niemal nie z tego świata - ciemną twarzą, już jednak przejętą jakimś ziemskim doznaniem.
Nos bowiem, jako się rzekło, coś zwęszył.
Poderwał się w górę zadzierzysty podbródek, ciągnąc za sobą resztę Jackowej głowy. Oczy niewzruszenie zaciskały się ile sił, osłaniając się dodatkowo rzęsami od zgubnych pokus z zewnątrz. Drgnęła lewa ręka, wyginając nadgarstek i wężowym ruchem błyskawicznie chwytając za broń.
Broni nie było.
Ręka macała przez chwilę w mroku, natrafiając na różne obce kształty, własne buty Jacka, kapelusz Jacka i ścianę, podczas gdy sam kapitan wykazywał coraz więcej oznak przytomności i pomstował pod nosem na przewrotność Davy’ego Jonesa, który po śmierci ukarał go ślepotą i pozbawieniem ostatniej kuli ratunku. W końcu Sparrow domacał się czegoś nader obiecującego.
Otworzył oczy. Od ziemi do samego sufitu ciągnęły się półki z butelkami z rumem. Taką samą butelkę ściskał w prawej ręce i taką samą butelkę zbił przed chwilą. Wstał powoli i rozejrzał się w około. Wziął do ręki kilka butelek i wyczołgał się na plażę. Podszedł powoli do palmy.
- Widzisz kochana? Wreszcie jakiś dar od Losu. – przemówił leniwym głosem wygodnie układając się pod drzewem. – To teraz pozostało tylko wymyślić w jaki sposób wydostać się z tej cholernej wyspy. Hmmm... – westchnął cicho. – To zrobimy tak... – pirat zaczął myśleć, co nie zdarzało mu się zbyt często. – Najprościej byłoby wyjść na mieliznę i poczekać na żółwie, ale to zbyt czasochłonne... – mruknął pod nosem i spojrzał na butelkę z rumem. – I po cholerę brałem ten rum jak go nie piję. – warknął i wzniósł butelkę w geście toastu. – No to za szybką śmierć tego cholernego pirata Barbossy! – Jednym ruchem wlał sobie do gardła cały rum, który znajdował się w butelce. Jack leniwym ruchem nakrył kokosy swoim kapeluszem.

Pierwszego wieczoru usnął na plaży, wtulony policzkiem w półokrągłe szkło butelki rumu niczym wąż morski strzegący bezcennej skrzyni z przeklętym azteckim złotem. Na twarzy pirata malowało się zadowolenie. Wreszcie uwolnił się od wszystkich trosk, no może poza tym, że spił się w sztok. Czuł się trochę podniesiony na duchu.
Było co pić. Jeszcze. Było co jeść. Jeszcze.
Nie było Perły. Jeszcze.

Drugiego dnia usiadł skrzyżowawszy nogi na rozgrzanym piasku. Otaczając go pierścieniem, w ziemi tkwiły powbijane butelki z rumem i po rumie. Jack ziewnął szeroko i wrócił do liczenia butelek.
- Jedna, dwie, trzy, cztery... – znowu ziewnął. – pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć... – oparł się plecami o pień palmy. – Widzisz kochana. Nawet liczenie bogactwa w postaci butelek rumu nie daje już ulgi. A gdyby tak wypróbować jednak ten pomysł z żółwiami? – pomyślał w nagłym przypływie trzeźwości. Otrząsnął się. – Nie. To wymaga zbyt wiele pracy. – powiedział i pogładził pień palmy. Spojrzał zawiedzionym wzrokiem na zawartość butelki. – A może to tylko fatamorgana nadchodząca powoli, żeby nękać starego Jack’a pragnieniem? – powiedział wskazując butelkę. – Ojciec mówił, że kiedyś widział coś takiego co miało kolor herbaty.
Upił łyk.
- To ma kolor herbaty.
Upił kolejny łyk.
- Ale herbatą nie jest.
Wychylił zawartość butelki.
- Nie. Stanowczo to nie jest herbatą. Ojciec by nie uwierzył. Ojciec nie wierzy w nic co nie jest napisane w kodeksie. Chociaż...
Wychylił duszkiem zawartość drugiej butelki.
- Chyba by mnie uwierzył gdyby chodziło o rum.
Jednym ruchem otworzył kolejną butelkę i wlał sobie jej zawartość do gardła.

W piwniczce atmosfera, chłodna i zatęchła, wybitnie nie sprzyjała konstruktywnym podsumowaniom błędów przeszłości. Pirat łypnął jednym okiem w górę, gdzie promyczek słońca wkradał się w mrok z wyspy – miejsca, gdzie na pewno jeszcze będzie miał okazję nie raz podsumować błędy.
Tymczasem więc można spróbować jeszcze jakieś popełnić.
Niełatwe to zadanie dla pirata, nawet na ograniczonej przestrzeni bezludnej wysepki zamkniętego chwilowo – samowolnie – w magazynku na rum. Ale nie wolno się poddawać, nie spróbowawszy. O, podobno picie trunków wszelakich to zło.
Nasze zdrowie.

Trzeciego ranka Jack niechętnie uchylił powieki. Śnił mu się bowiem Kraken, wyprawiający godne podziwu igraszki z żółwiami morskimi z tutejszej zatoczki. Szczególnie gdy groziło to utknięciem jednej z długich macek w żółwiowej skorupie.
Na rzęsach pirata zaigrały złote promienie wschodzącego słońca. Oboje Jackowych oczu otworzyło się ukazując czarne oko skąpane w złotym refleksie.
Jack zamknął oczy i otworzył je ponownie. Nie, nie otworzył. Jack wybałuszył oczy.
W zatoczce cumował okręt.
Kapitan Jack Sparrow zerwał się na nogi. Nagle jego siły odmówiły posłuszeństwa i rymnął na kolana. Rysy złagodniały nadając twarzy Jacka wyraz czułości. W skąpanych złotym refleksem słońca oczach pojawiło się coś co można nazwać tylko cielęcym zachwytem. Usta wykrzywiły się w wyrazie błogiego upojenia, a na policzkach pojawiły się kuszące dołeczki.
Szeroka pierś pirata unosiła się pod wpływem szybkiego oddechu. Jack wpatrywał się w okręt nie widząc poza nim świata. Przygryzał wargę i co jakiś czas oblizywał ją końcówką języka. Mruczał coś niezrozumiale. Oczy aż do dna miał wypełnione tym widokiem. Był tu, na wyciągnięcie ręki.
Maszt ma niższy niż Perła, ale do Tortugi dopłynie. A dalej stary Jack poradzi sobie sam.

Sławetna Anamaria, w ostatnich miesiącach królowa przemytu alkoholowego na tym skrawku Karaibów, stała nad Jackiem już od długiej, długiej chwili. Z początku mogła tylko ze zgrozą obejmować wzrokiem spustoszenie, jakiego jeden, samotny – najwyraźniej – rozbitek poczynił w jej składziku z towarem. Nabrała powietrza w płuca, kiedy się poderwał, by nie czekając na wyjaśnienia runąć na niego nawałnicą karczemnej awantury.
I wyliczyć procent ze strat.
A ten nieszczęsny zakała pirackiego rzemiosła legł przed nią na kolana i wpatrywał się przed siebie jakby zobaczył bóstwo wcielone.
Cholerni piraci.
Na policzki kobiety zaczął wpływać coraz ciemniejszy i zdecydowanie niechciany rumieniec, w miarę, jak mina Jacka Sparrowa ewoluowała od lekko niezbornego zachwytu do w pełni rozkwitłej ekstazy. Tkwił przy tym zupełnie nieruchomo na piasku, tak, jak zamarł zaraz na początku, z przekrzywioną chustą i rozchełstaną na piersiach koszulą, a całym sobą emanował taki żar, że Anamaria stopniała od wewnątrz jak wosk.
Może rzeczywiście łyczek rumu to nie jest taki zły pomysł na tym przeklętym pustkowiu. Odchrząknęła kilka razy, żeby się nie skompromitować jakimś maślanym głosikiem. Przeklęte koguciki pokładowe. Z nimi twardym trzeba być, nie mientkim.
Cholerni piraci.
- Jack Sparrow.
- Yhhmmmammmaha...
Zapadła krępująca cisza, w czasie której Anamaria starała się wypracować mniej ożywione brzmienie głosu, a Jack cieszył się coraz bardziej obiecującymi widokami.
Chrząknięcie.
- Wlazłeś do MOJEJ piwnicy. Wytrąbiłeś MÓJ rum. Ciekawam, do czego jeszcze się dobierzesz, zanim się obejrzę!
Kapitan Jack Sparrow posłał jej jedno rozbrajające spojrzenie ciemnych oczu.
- Jestem pewien, że po drodze na Tortugę zdołamy to dokładnie przedyskutować...
Zobacz profil autora
Miranda
..::1st League Shur'tugal::..
..::1st League Shur'tugal::..



Dołączył: 06 Lut 2007
Posty: 160 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 10:38, 17 Wrz 2007 Powrót do góry

Co by tu powiedzieć? Że fajnie się czyta? Że niektóre fragmenty są rozbrajające jak "jedno spojrzenie ciemnych oczu Jacka"?
Mogę tak powiedzieć, ale to już pewnie, drogi Kapitanie, wiesz... :)

I znowu muszę coś dodać małymi, wrednymi literkami:

Odmiana imienia i nazwiska głównego bohatera: powinno wszędzie być: Jacka, Jackowi, Jackiem, Jacku...
I brakuje mi w kilku miejscach przecinków. Ale możesz uznać, że się czepiam. :)
Zobacz profil autora
Kapitan_Jack_Sparrow1
..::1st League Shur'tugal::..
..::1st League Shur'tugal::..



Dołączył: 29 Mar 2007
Posty: 176 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczerze? Wiesz, że sam nie wiem . . .

PostWysłany: Pon 12:49, 17 Wrz 2007 Powrót do góry

Łihihi! Miranda u mnie napisała! Yupie Ya Yeah! Haha. Jakiż ja rozbrajająco inteligentny :lol:. A ja nie pisałem: Jacka, Jackowi? Nie? A to przepraszam :lol:. Ślepota nie boli (ale uciążliwa mino wszystko jest :lol:). Przecinki. Czyli to czego Kapitan używa nazbyt często (no przynajmniej wg. mojej polonistki :lol:)
A tak przy okazji.
To moja ulubiona buźka ---> :lol:
Ależ to było mądre, a jak do tematu pasowało :lol:. Haha.
Zobacz profil autora
Katze
.::Murtagh's Guardian Angel::.(ExtraMod)
.::Murtagh's Guardian Angel::.(ExtraMod)



Dołączył: 18 Sty 2006
Posty: 4799 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: się biorą dzieci?

PostWysłany: Pon 16:24, 17 Wrz 2007 Powrót do góry

Nieśmieszne. Słowem niezabawne. Podzielam zdanie Smoczego Jeźdźca - ni do rymu, ni do taktu. Fabuła to zlepek 'czegoś' i 'czegoś', wszystko o zerowej precyzji.

Kapitan_Jack_Sparrow1 napisał:
Łihihi! Mam 3 :lol:! (...) Łihihi! (...) Yupie Ya Yeah! Haha. (...) :lol:. (...) :lol:. (...) :lol: (...) :lol: (...) To moja ulubiona buźka ---> :lol: (...) :lol:. Haha.
Kto ci skłamał, że masz więcej, niż tshynaście lat? Strzel mu focha, prosto w twarz, bo mu się należy.
Zobacz profil autora
Kapitan_Jack_Sparrow1
..::1st League Shur'tugal::..
..::1st League Shur'tugal::..



Dołączył: 29 Mar 2007
Posty: 176 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczerze? Wiesz, że sam nie wiem . . .

PostWysłany: Pon 18:23, 17 Wrz 2007 Powrót do góry

Ironią to ty się dziecinko wypchaj ;/. Co innego krytykować, co innego drwić ;/. Mówiłem Sauron, że jak dam to mnie modzi zaszczują. Widzisz co się dzieje. Wszystko dobrze dopóki kogoś nie obrażasz. Ja rozumiem. Fick ci się nie podoba,a le tekst o wieku mogłabyś sobie darować szanowna moderatorko. Prosi Cię o to użyszkodnik. Daruj sobie ironię, savvy?
Zobacz profil autora
Sauron
..::Senior Shur'tugal::..
..::Senior Shur'tugal::..



Dołączył: 25 Mar 2006
Posty: 424 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 14:46, 20 Wrz 2007 Powrót do góry

Ale krytykę otrzymało Twoje 1-sze opowiadanie, nie drugie ;) A wogóle krytyka jest po to, aby coś w sobie, bądź w czymś poprawić.
Mi się podobają Twoje opowiadania, ale każdy ma inny gust.

Co do ironii Katze, to uważam, że nie powinnaś jej użyć, mimo tego, że opowiadanie Ci się nie podoba...niektórym to sprawia przykrość, a innym tak trudno to zrozumieć.
Zobacz profil autora
Kapitan_Jack_Sparrow1
..::1st League Shur'tugal::..
..::1st League Shur'tugal::..



Dołączył: 29 Mar 2007
Posty: 176 Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczerze? Wiesz, że sam nie wiem . . .

PostWysłany: Nie 8:13, 07 Paź 2007 Powrót do góry

A więc. Dam jeszcze jednego ficka, który jest znany poszczególnym osobom :ym:. Jednak wreszcie dopisałem część kolejną :lol:. Nie wiem jak zareagujecie, ale mnie nie bijcie. Ten fick to ot taki mały pomysł szlańca masochisty :lol:.

Podbiegłem cicho na rufę wspaniałego żaglowca i stanąłem za plecami Kapitana.
- Kapitanie. Zbliżamy się do portu. - powiedziałem zdyszany.
- Zacumujcie w zatoce. Nie chcę by nas zauważono. - usłyszałem w odpowiedzi.
Pobiegłem z powrotem na dziób myśląc po drodze, ze zaczyna to mnie już nudzić.
- Zacumować w zatoce! - wrzasnąłem do załogi. Widząc, że nikt nie reaguje dodałem. - To rozkaz Kapitana!
Wszyscy zaczęli z zawrotną szybkością wprowadzać okręt do zatoki. Wokół rozlegał się szum fal. W oddali było widać blade światło przybrzeżnych domów. Odetchnąłem z ulgą. Nareszcie po pięciu tygodniach morskiej żeglugi - ląd. Nagle okręt szarpnął gwałtownie i się zatrzymał. Poleciałem trzy stopy do przodu i potknąłem się o zwinięte liny. Upadłem. Obróciłem się na plecy i zerwałem na nogi.
- Przygotować moją szalupę! - po pokładzie poniósł się głos Kapitana. - Ty! - powiedział wskazując na mnie. - Płyniesz ze mną.
Szybko przeskoczyłem przez zwoje lin i pobiegłem po wiosła. Podniosłem je i ruszyłem z powrotem w stronę Kapitana. Po chwili znajdowaliśmy się już na wodzie. Monotonne kołysanie fal wprowadziło mnie w hipnotyczny rytm. Odwróciłem głowę i napotkałem wzrok Kapitana natarczywie utkwiony we mnie. Przekręciłem głowę i pochyliłem się niżej w szalupie. Do środka nalała się woda. Po około kwadransie dno łodzi zaszurało o nadbrzeżny piasek. Szybko wyskoczyłem z szalupy i doprowadziłem ją do brzegu. Kapitan wstał, wyszedł z łodzi i powiedział do mnie.
- Nie będzie mnie parę godzin. Muszę załatwić parę spraw i idę na nadbrzeże. Ale dla ciebie - powiedział dźgając w moją stronę palcem. - mam inne zadanie.
Wyprostowałem się i spojrzałem w oczy Kapitana. Widniała w nich iskra rozbawienia.
- Pójdziesz na drugi koniec miasta i odszukasz niejakiego Rogera. Przekaż mu nasze hasło, wysłuchaj uważnie co do ciebie powie, wróć do mnie i wszystko dokładnie powtórz. Zapamiętałeś?
- Tak. - odpowiedziałem. - A gdzie mogę go znaleźć?
- Ach... - westchnął Kapitan. - Mieszka na drugim końcu miasta koło kuźni Browna. Dopilnuj też - powiedział i wyciągnął zza pasa niewielki mieszek ze złotem. - by to dotarło do Rogera. Postaraj się nie rzucać w oczy bo przez to wszyscy możemy mieć kłopoty. - powiedział i odszedł.
Szybko odwróciłem się w przeciwną stronę i popędziłem w stronę głównej ulicy miasta. Po około dwóch kwadransach wszedłem do niewielkiej karczmy znajdującej się koło kuźni. Był to jedyny budynek w jej pobliżu. Przekroczyłem pewnie próg i podszedłem do barmana.
- Gdzie znajdę... Rogera? - zapytałem.
Barman w odpowiedzi skinął głową w stronę niewielkiego stołu w kącie karczmy. Ostrożnie podszedłem do wysokiego, chudego mężczyzny o czarnych włosach i haczykowatym nosie. Mógłby uchodzić za przystojnego gdyby nie szpecące go blizny. Stanąłem koło niego i przekazałem umówione hasło. Mężczyzna w odpowiedzi kiwną głową i skinął ręką w kierunku krzesła naprzeciw siebie.
- Przysyła mnie... - zacząłem.
Roger uciszył mnie gestem.
- Przekaż, ze flota Angielska zbliża się do południowego wybrzeża, ale najwięcej ataków z ich strony zdarzyło się na północnej części. Flota szykuje się do dłuższego wypłynięcia w daleki rejs. Nikt nie wie gdzie, ale krążą podejrzenia, że...
Donośny huk zagłuszył jego słowa. Poderwałem gwałtownie głowę widząc wchodzące do środka straże.
- To tamten! - powiedział jakiś mężczyzna wskazując na Rogera. - Brać go!
Roger szybko zerwał się z miejsca i popędził do tylnego wyjścia. Gwałtownie pchnął drzwi i wypadł na ulicę.
- Za nim! - usłyszałem.
Powoli skierowałem się w kierunku głównego wyjścia. Nie chciałem się w nic mieszać. Słyszałem jak za moimi plecami strażnicy szepczą gorączkowo
- Stój! - usłyszałem. Gwałtownie popchnąłem dwóch zagradzających mi drogę strażników i wypadłem na ulicę. Popędziłem ile sił w nogach w kierunku nabrzeża. Musiałem poinformować Kapitana. Za sobą usłyszałem wściekłe wrzaski i odgłosy pogoni.
- Gońcie go! - ktoś wrzasnął.
Pobiegłem jeszcze szybciej. Nagle noga omsknęła mi się na wyboistej drodze. Krzyknąłem i padłem jak długi na ziemię. Szybko poderwałem się do góry i dalej pędziłem w stronę portu. Wbiegłem na plażę dysząc z ulgą. Pobiegłem w stronę naszej łodzi. Stanąłem osłupiały. Szalupa zniknęła. Okręt także majaczył gdzieś na horyzoncie. Rozpacz wezbrała we mnie niczym w wulkanie. Zostawiono mnie. Odebrano mi wszelką nadzieję. Obejrzałem się, staje za mną pędziła w moim kierunku wataha zbrojnych. Spojrzałem gwałtownie w drugą stronę. Pędziło stamtąd dziesięciu strażników uzbrojonych w berdysze i miecze. Stałem osłupiały. Jedyna deska ratunku była w morzu. Rzuciłem się w jego kierunku. Zalała mnie zimna woda. Drgnąłem. Wiedziałem, ze długo nie dam rady płynąć. Poczułem jak przemoczone ubranie ciągnie mnie na dno. Wynurzyłem się w rozpaczliwej próbie złapania choćby odrobiny powietrza. Poszedłem na dno...


Obudziło mnie silne kopnięcie w brzuch. Jęknąłem i zwinąłem się w kłębek. Pod policzkiem wyczułem mokry piasek. Wzdrygnąłem się i otworzyłem oczy. Wokół otaczając mnie ciasnym pierścieniem stali strażnicy uzbrojeni w berdysze i miecze. Zacisnąłem na powrót oczy. Poczułem jak ktoś szarpie mnie za ubranie i dźwiga na nogi. Zwisłem bezwładnie w rękach trzymających mnie żołnierzy. Otworzyłem oczy i spojrzałem w twarz stojącego przede mną człowieka. Osłupiałem.
To był Kapitan. Uśmiechnął się szeroko i wymierzył mi cios w szczękę. Zgiąłem się w pół i oplułem krwią nadmorski piasek. Podniosłem głowę. Zdążyłem tylko zobaczyć lecącą w stronę mojej głowy pięść. Przed oczami rozbłysło mi jasne światło. Zemdlałem.

***

Ocknąłem się czując zimno kamiennej posadzki pod policzkiem. Otworzyłem oczy. Jęknąłem. W całym ciele czułem odrętwienie, a rąk w ogóle nie wyczuwałem. Powoli przekręciłem się na plecy. Okazało się, że ręce mam związane grubym powrozem na plecach. Westchnąłem i podczołgałem się do ściany. Wsparłem się o nią ramieniem i powoli usiadłem pod ścianą. W korytarzu rozległy się kroki. Rozległ się szczęk otwieranego zamka w ciężkich, drewnianych drzwiach i do celi weszło trzech strażników. Powoli przesunąłem się w stronę przeciwnej ściany. Mężczyźni podeszli do mnie i dźwignęli na nogi. Szarpnąłem się niemrawo. Chwycili mnie za ręce i podcięli nogi. Zwisłem bezwładnie między nimi. Wywleczono mnie z celi i pociągnięto w stronę niewielkiego pomieszczenia w końcu korytarza. Gdy dotarliśmy do drzwi pchnęli je i wrzucili mnie do środka pomieszczenia. Upadłem ciężko na podłogę. Uniosłem głowę i spojrzałem na czubki butów zbliżającego się do mnie człowieka. Poczułem jak ktoś szarpnął mnie za włosy i postawiła na nogach. Spojrzałem w twarz Kapitana. Uśmiechnął się drwiąco i rzucił mną o ścianę. Jęknąłem i osunąłem się na posadzkę. Mężczyzna zbliżył się i kopnął mnie w biodro. Przekręciłem się lekko.
- Dlaczego? - zapytałem.
W odpowiedzi dostałem mocne kopnięcie w brzuch. Haustami łapałem powietrze. Tego było za wiele. Przechyliłem się w bok i zwymiotowałem gwałtownie swój ostatni posiłek. Zacisnąłem powieki. Kapitan szarpnął mnie za ramiona i podniósł gwałtownie z ziemi. Przyparł mnie do muru.
- Co mówił Roger? - zapytał. Nic nie rozumiałem. - Gadaj! - krzyknął i uderzył mnie w twarz.
- Ja... nie wiem! - powiedziałem niezgodnie z prawdą.
Dostałem pięścią w bok głowy.
- Gadaj! - warknął i wziął szeroki zamach.
Milczałem. Po co mnie porwał? Przecież i tak bym to powiedział... Nic nie rozumiałem. Czy chodziło mu o porwanie mnie? Chodziło o Rogera? Jakieś informacje? A może chodziło o...
Z zamyślenia wyrwał mnie cios w szczękę. Dostałem jeszcze raz w głowę i w brzuch. Osunąłem się po ścianie. Kapitan poderwał mnie z ziemi i rzucił mną o ścianę. Jęknąłem i straciłem przytomność.


Pod policzkiem wyczułem zimny kamień. Nie otwierałem oczu. Nasłuchiwałem. Po mojej lewej stronie rozległ się odgłos ciężkich kroków. Ktoś szturchnął mnie czubkiem buta.
- Jest nieprzytomny. - usłyszałem. - Co z nim mamy zrobić?
- Hmmm... - ktoś westchnął. - Mój brat nieźle go sobie ułożył. - człowiek szturchnął mnie czubkiem buta. - Niełatwo będzie go złamać. - usłyszałem. - Ale radziliśmy już sobie z gorszymi... przypadkami.
Poderwano mnie za włosy do góry. Syknąłem.
- A jednak. Myślałem, że jesteś wytrzymalszy. - zadrwił stojący przede mną człowiek. Na policzku poczułem mocne uderzenie. - Masz mnie za idiotę? Wiem przecież, że udajesz!
Otworzyłem oczy. Przede mną z szyderczym uśmiechem stał Kapitan... nie, nie Kapitan. Jego brat... powoli zacząłem sobie wszystko układać w głowie. Kapitan miał brata. Powoli sobie przypomniałem, że był on zaciekłym wrogiem wszystkich piratów, a swojego własnego brata chyba nienawidził najbardziej. Szarpnąłem głową. Wszystko zaczęło się zacierać. Przestawałem myśleć jasno. Do świadomości przywrócił mnie nagły ból eksplodujący w żebrach. Jęknąłem.
- Słyszysz?! - krzyknął do mnie brat Kapitana. - Co mówił Roger?!
- Nie wiem... - jęknąłem. - nic nie słyszałem.
Dostałem w brzuch. Zgiąłem się w pół.
- Radzę ci dobrze! Mów co ci przekazał!
- Nic mi nie powiedział...
- Kłamiesz! - usłyszałem i dostałem mocno w szczękę.
Oplułem krwią podłogę. Nie chciałem dać się złamać, ale czułem jak powoli opuszczają mnie siły. Dostałem jeszcze parę razy. W brzuch, dwa razy w żebra i w szczękę. Po rozbitych wargach spływała wolno krew ze złamanego nosa. Szarpnąłem głową. Ktoś odwrócił mnie i przyparł twarzą do ściany. Po chwili coś świsnęło i uderzyło mnie w plecy. Jęknąłem. Na nic innego nie było mnie stać. Zacisnąłem oczy. Po kilu razach zadanych skórzanym batem brat Kapitana podszedł i odwrócił mnie do siebie.
- Co ci przekazał? - powiedział i silnie mną szarpnął. - Co on ci powiedział?!
- Kto? - zapytałem głupio i syknąłem gdy na ramieniu poczułem mocne uderzenie.
- Roger, idioto! Co ci powiedział! - wrzasnął do mnie.
Nie odpowiedziałem. I to było właśnie moim błędem. Rzucono mnie z całą siłą na ziemię.
- Zabrać go. - rozkazał Kapitan i kopnął mnie po raz kolejny w żebra. - Wyduszę z ciebie co trzeba i zabiję. - syknął pochylając się nade mną.
Straciłem przytomność.


Zostałem gwałtownie poderwany z ziemi i przyparty plecami do muru. Skuliłem ramiona i opuściłem głowę. Stałem tam sam pod naporem obcej, nieugiętej siły wysysającej ze mnie całą energię jaka mi pozostała. Nagle dostałem opancerzoną pięścią w brzuch. Zgiąłem się wpół i osunąłem na kolana. Natychmiast w górę podniosły mnie bezlitosne ręce. Ponownie przyparto mnie do ściany. Zacisnąłem powieki. To koniec... przemknęło mi przez myśl. Nagle przy gardle poczułem zimne ostrze. Głośno przełknąłem ślinę.
- Gadaj co wiesz. - syknął do mnie brat kapitana i mocniej przycisnął mi ostrze do gardła. - Gadaj albo cię zabiję - warknął.
Pod powiekami poczułem ciepłe łzy. Czułem, ze każdy cal mojego ciała trzęsie się ze strachu przed tym człowiekiem. Próbowałem odsunąć się od niego. Nie dałem rady. Poczułem jak ostrze gwałtownie zostaje dociśnięte do mojego gardła. Życie było piękne - pomyślałem. - Mimo wszystko...

***

Gwałtownie poderwałem głowę z ziemi. To tylko sen... - starałem się uspokoić rozbiegane myśli. Zdawałem sobie sprawę, że to akurat był sen, ale mogę nie mieć tak dużo szczęścia i ten sen może się sprawdzić. Muszę się stąd wydostać - myślałem gorączkowo. Podniosłem się ciężko z posadzki i oparłem plecami o kamienną ścianę. Rozglądałem się właśnie po pomieszczeniu w poszukiwaniu czegoś co mogłoby mi się przydać gdy zorientowałem się, że mam rozwiązane ręce. Natychmiast zacząłem przeszukiwać moją odzież w poszukiwaniu broni. Sprawdziłem pochwę na miecz. Pusta. Pasy na których zwykłem trzymać sztylety i pistolet też były puste. Zakląłem cicho i bezwiednie przesunąłem rękę w stronę butów. Nagle wyczułem coś w cholewie. Szarpnąłem mocno i wydobyłem niewielki nóż z buta. Uśmiechnąłem się do siebie. Przecież to było nic, a mimo wszystko tak wiele dla mnie znaczyło. Zacząłem szukać odpowiedniego miejsca do przechowania noża. Po chwili starannie chowałem go po wewnętrznej stronie skórzanego pasa. Przeglądnąłem dokładnie swoją odzież i po chwili wahania z żalem odrzuciłem bogato zdobioną kamizelkę i wysokie skórzane buty. Zdjąłem również pasy na, których zwykle tkwiły sztylety i mój pistolet. To wszystko tylko utrudniałoby mi w ucieczce. Nie wiedziałem co będę musiał zrobić. Być może będę musiał pływać. Może będę musiał biegać, albo jeździć konno. Nie miałem pojęcia czy w ogóle mój plan się powiedzie. Stanąłem na nogach i jęknąłem gdy zrobiłem pierwszy krok. Usiadłem ciężko pod ścianą i rozerwałem nogawkę spodni. Na lewej nodze wykwitł paskudny krwiak. Dotknąłem go lekko dłonią. Syknąłem, noga była mocno opuchnięta. Nie namyślając się długo odciąłem sztyletem rękaw płóciennej koszuli i owinąłem nim ciasno stłuczoną nogę. Stanąłem i na próbę tupnąłem nogą parokrotnie w posadzkę. Było lepiej. Noga bolała, ale byłem w stanie biec. Na korytarzu usłyszałem kroki. Szybko rzuciłem się w kierunku rozrzuconych rzeczy i zgarnąłem je w kąt niedbale zakrywając słomą. Ległem na brzuchu w tym samym momencie gdy drzwi otworzyły się i stanęło w nich dwóch strażników. Teraz miał się rozstrzygnąć mój los...


Strażnik podszedł do mnie, nachylił się i dotknął mojego ramienia. Tylko na to czekałem. Gwałtownie ciąłem go w rękę sztyletem. Syknął i odsunął się gwałtownie dobywając długiego ostrza. Ciął obiema rękoma. Odturlałem się i rzuciłem na niego, ugodziłem sztyletem w szyję. Charknął i osunął się na kolana. Wyrwałem z ręki trupa rapier. Skoczyłem w stronę nadchodzącego strażnika. Ciąłem go oburącz w szyję. Otworzył usta do krzyku. Na ścianę chlusnęła struga karminowej krwi. Powstrzymałem mdłości i popędziłem korytarzem. Za sobą słyszałem ciężkie kroki. Nagle wpadłem na coś gwałtownie. Spojrzałem w górę. Przede mną stał brat Kapitana. Rzuciłem się w tył. On jednak zdążył chwycić mnie za koszulę i przyprzeć do muru. Z pochwy z sykiem wysunął się długi rapier. Cóż to była za broń! Klinga lśniła srebrzyście niczym księżyc odbity nocą na wzburzonej tafli morza. Na rękojeści były wygrawerowane długie rysy wymyślnie powykrzywiane i połączone ze sobą w ten sposób, że tworzyły fale podczas sztormu. Oddałbym za nią nawet całe ładownie bezcennego rumu. Patrzyłem chciwie na broń. Brat kapitana podążył za moim wzrokiem i się zaśmiał.
- Prawda, że piękna? – zapytał pogardliwie. – Szkoda, że będę ją musiał splamić krwią kogoś... – zmierzył mnie drwiącym wzrokiem. – takiego.
Podkurczyłem nogę i z całej siły kopnąłem go w krocze. Człowiek zaklął i osunął się na kolana wypuszczając rapier. Nie namyślając się długo chwyciłem broń i pobiegłem przez korytarz. Wypadłem na dziedziniec. Uważnie rozglądnąłem się w koło. W kącie stały uwiązane konie. Spojrzałem na nie krzywo. Usłyszałem za sobą sapanie i ciężkie kroki. Wywróciłem oczami i podbiegłem do koni. Wskoczyłem gwałtownie na karą klacz i popędziłem gościńcem. Za sobą słyszałem trzaski pistoletów. Przylgnąłem do grzywy konia.
- Szybciej, szybciej... – mruczałem popędzając klacz. Nabieraliśmy tempa. Już nie musiałem popędzać konia. Spłoszony sam przechodził z galopu w cwał. Z dudnieniem wbiegliśmy na drewniany most. Nagle koń się potknął. Nie namyślając się długo wyrwałem stopy ze strzemion i rzuciłem się na ziemię. Raniona noga zaprotestowała gwałtownie. Ugiąłem nogi i ległem na kolana. To uratowało mi życie. Nad moją głową świsnęła kula. Poderwałem się z ziemi i popędziłem w stronę portu. Nie wkroczyłem jednak do niego. Ominąłem go i wbiegłem do morza. Podpłynąłem cicho pod wodą do drewnianego pomostu. Nad sobą usłyszałem dudnienie ciężkich butów o przemoczone drewno.
- Gdzie on jest?! – usłyszałem wściekły wrzask. – Przecież nie uleciał w powietrze!
- Komodorze... – zaczął jakiś człowiek.
- Zamilcz idioto! – usłyszałem głos brata Kapitana i jak sobie uświadomiłem – komodora. Przylgnąłem do mokrej belki podtrzymującej pomost.
- Gdzie on pobiegł! – ponownie w moich uszach zadźwięczał ostry głos. – Ty! Gadaj! Widziałeś gdzie poszedł?!
- Ja...
- Co ty?!
- On zbiegł na wybrzeże, panie.
- Za nim! – odezwał się wysoki wrzask.
Skuliłem się pod pomostem i nasłuchiwałem ciężkich kroków żołnierzy. Gdy te całkowicie umilkły ostrożnie popłynąłem w stronę zacumowanej przy następnym pomoście, niewielkiej łodzi. Powoli wysunąłem głowę nad taflę morza i wdrapałem się na łódź. Schylając się nisko rozłożyłem małe żagle i odepchnąłem łódkę długą tyczką od dna. Na rufie łodzi dostrzegłem spory pakunek. Powoli uniosłem wieko skrzyni i moim oczom ukazały się skóry i fiszbiny. Był to niewielki ładunek lecz ważył całkiem sporo. Podniosłem skrzynię i powoli spuściłem na wodę. W momencie gdy miałem ją osadzić na wodzie skrzynia wymknęła mi się z rąk i z wielkim pluskiem wylądowała w wodzie. Nagły hałas zwrócił uwagę moich wrogów. Zakląłem szpetnie. Ponownie odepchnąłem łódź tyką. Zakołysała się i wolno ruszyła naprzód. Powoli wypłynąłem z zatoki na pełne morze. Za sobą usłyszałem wściekły wrzask komodora.
- Strzelać!
Uchyliłem się w dół. Nie zdążyłem jednak uniknąć ostatniego pocisku. Trafił w ramię boleśnie przeszywając je na wylot. Krzyknąłem i osunąłem się na dno łodzi. Straciłem przytomność.


Obudziło mnie lekkie kołysanie dryfującej łodzi. Otworzyłem oczy i uniosłem głowę.
- Do jasnej cholery – warknąłem wściekły. Gdy byłem nieprzytomny łajba wypłynęła na otwarte morze. Podniosłem się szybko do pozycji siedzącej i równie szybko opadłem na dno łodzi. Zakląłem siarczyście. Podpierając się na prawej ręce znów usiadłem na deskach pokładu. Jednym ruchem zerwałem z siebie koszulę i spojrzałem na lewą rękę, a raczej na to co z niej pozostało. Gwałtownie odwróciłem głowę powstrzymując mdłości. Lewe ramie było rozszarpane przez pocisk. Z rany wciąż ciekła karminowa krew. Zacisnąłem zęby i ponownie skierowałem wzrok na ranę starając się nie zwymiotować. Pomyślałby kto, że piraci są przyzwyczajeni do widoku krwi. Może są, ale nie swojej. Zgiąłem rękę w łokciu na szczęście kość była cała. Kula przeszła przez mięsień, zostawiając nieuszkodzone ścięgna. Westchnąłem cicho i oderwałem od koszuli drugi rękaw. Owinąłem nim ciasno poranioną rękę. Podparłem się i wstałem.
- A niech to szlag – syknąłem. Rozejrzałem się w około, odetchnąłem. Na zachodzie była widoczna niewyraźna linia lądu. Podszedłem na rufę łajby. Westchnąłem cicho i spojrzałem na upuszczony rapier. Uklęknąłem na deskach pokładu i przeciągłym ruchem pogładziłem klingę broni. Jest wspaniała. pomyślałem. Podniosłem rapier i włożyłem go do pustej pochwy przy znalezionym na łajbie skórzanym pasie. O dziwo broń pasowała jak ulał. Podszedłem do niewysokiego masztu i rozłożyłem żagle. Po kilkunastu minutach zauważyłem, że łódź praktycznie stoi w miejscu. Złożyłem niepotrzebne od tej pory żagle. Zakląłem wściekły i ciągle przeklinając brak wiatru popchnąłem szalupę długą tyczką w stronę niewyraźnej wyspy. Po kilku godzinach rytmicznego odpychania łodzi od dna straciłem czucie w rękach. Zakląłem i spojrzałem przed siebie.
-Do jasnej cholery! – wrzasnąłem wściekły gdy przede mną otwarła się bezdenna przestrzeń morza. Schodziłem z mielizny. Jeśli nie będzie wiatru znów będę bezcelowo dryfować po morzu. Ponownie rozłożyłem żagle oczekując na choćby najmniejszy podmuch morskiej bryzy. Nie miałem na co liczyć. Morze, co było dosyć dziwne, było prawie tak płaskie jak blat stołu. Po raz pierwszy doświadczyłem czegoś takiego. Patrzyłem osłupiały w taflę wody. Łódź powoli została zniesiona, o dziwo, w kierunku wyspy. Cholerne szczęście. Uśmiechnąłem się pod nosem i usiadłem przy sterze. Jak na razie nie było potrzeby sterowania łajbą. Fala sama mnie niosła w kierunku wyspy. Jeszcze trochę, a tą nieszczęsną łódź trzeba będzie holować – pomyślałem rozdrażniony gdy łajba zaczęła płynąć jeszcze wolniej. Byłem spragniony, nie piłem od co najmniej trzech dni. Rana bardzo mi doskwierała. Zaimprowizowany opatrunek już dawno przesiąkł krwią. Zmierzyłem wzrokiem odległość od łodzi do wyspy. W zasadzie gdybym dał radę płynąć ze zranioną nogą i ręką... Natychmiast wyrzuciłem z głowy tę myśl. A jeśli na tej wyspie nikogo nie będzie? Co wtedy? Mam na niej umrzeć z głodu? Nie. To wszystko było bez sensu. Położyłem się na pokładzie. Cóż innego mi pozostało jak nie oszukać zmęczenie zapadając w niespokojny sen? Zamknąłem powieki, Zasnąłem.
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiekTen temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001/3 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)